Wyszukiwanie

Gotowanie, które łączy – rozmowa przy premierze Artisan Plus



W miniony czwartek, 23 kwietnia, w Łazienkach Królewskich w Warszawie świętowaliśmy premierę KitchenAid Artisan Plus – największej innowacji w mikserach z uchylną głowicą od dekad. Wydarzenie to stało się jednak czymś więcej niż tylko prezentacją technologiczną. Było okazją do szczerej rozmowy z Jędrzejem Radzikowskim, właścicielem Vivamix, o tym, dlaczego firma od 1991 roku ręczy za każdy produkt w swojej ofercie i dlaczego gotowanie w domu jest dla niej misją wykraczającą daleko poza handel. Poniżej prezentujemy zapis tej rozmowy.

Mówisz, że Vivamix ręczy za każdy produkt, który dystrybuuje. Skąd to się bierze?

To jest esencja naszej firmy – robimy wyłącznie rzeczy, za które możemy ręczyć. Tak było od początku. Jest tu dziś moja mama, Krystyna Radzikowska, która razem z tatą prowadziła firmę budującą piekarnie w Polsce. Vivamix powstał jako wycinek tamtej działalności – odpowiedzialny za miesiarki i miksery planetarne, czyli za sprzęt, który znaliśmy od strony profesjonalnej. Przez pierwszą dekadę miksery KitchenAid pracowały właśnie w pracowniach technologicznych, między innymi w Spółdzielni Piekarskiej w Warszawie. Służyły do receptur, testów, uczenia piekarzy nowych rozwiązań. Zanim weszły do polskich domów, przez lata pracowały w warunkach, które bezlitośnie weryfikują każdą konstrukcję.



Równolegle mieliśmy takie urządzenie w domu. Zanim zdecydowaliśmy się przekonywać Polaków, że to świetna technologia – choć z 70-letnią wtedy tradycją – przetestowaliśmy je dogłębnie we własnej kuchni. Pamiętam, jak z bratem biliśmy się o to, kto w KitchenAidzie ubija śmietanę do szarlotki. Mieliśmy po dziesięć lat, był początek lat 90. i w naszym domu ten mikser był już codziennością, kiedy w Polsce praktycznie nikt jeszcze o nim nie słyszał.

Dziś to działa dokładnie tak samo. Każde urządzenie, które trafia do Vivamix, jest wcześniej w moim domu, domu moich rodziców, u moich współpracowników, u mojego brata – doktora biotechnologii, który z pasji do gotowania skończył Le Cordon Bleu z Grand Diplôme i uczy na uczelni w Londynie, ale zawsze znajdzie czas na swoje kolekcjonerskie hobby. Kupujemy różne warianty tego samego rodzaju sprzętu, żeby dla naszych klientów wybrać ten najlepszy. Moja żona, inżynier technologii i bezpieczeństwa żywności z entuzjazmem, ale bardzo krytycznie podchodzi do możliwości i estetyki. Dzięki temu, że używamy produktów w domu wiemy, co polecamy. A klient wraca i mówi: dobrze mi doradziliście, chciałbym coś więcej. To nas buduje.

Z tego wynika zasada, która brzmi banalnie, ale porządkuje decyzje: nie sprzedajemy niczego, czego sami byśmy u siebie w domu nie chcieli. Nie ma „drugiej linii” gorszej jakości, nie ma produktów od dystrybucji dla dystrybucji. Jeśli coś nie przechodzi próby w naszych kuchniach, nie wchodzi do oferty – niezależnie od tego, jaką marżę dawałoby na półce.

Komunikujecie, że gotowanie w domu to świadomy wybór i luksus, a nie obowiązek. Co sprawia, że coraz więcej osób wraca do tej tradycji, mimo że gotowe jedzenie jest na każdym rogu?

Ludzie chcą przy stole siedzieć razem, tylko czasem zapominają, jak bardzo tego potrzebują. Gotowanie w domu przestało być czynnością rutynową, a stało się deklaracją. To znak, że mam ten luksus: mam czas, żeby spędzić go z rodziną, żeby nakarmić bliskich czymś dobrym, żeby wybrać lepszy produkt – bo nie oddaję marży kurierowi, pakowaczowi, producentowi plastiku ani agencji marketingowej. Jest zdrowiej, często szybciej niż się wydaje, i po prostu lepiej.



Mam z tymi początkami pewne wspomnienie. W 2004 roku, gdy miałem 20 lat, robiliśmy z mamą pokazy makaronu w Domach Towarowych Centrum przy Marszałkowskiej, w soboty i niedziele. Podeszła do nas kiedyś starsza pani: „To nie dla mnie, nie mam dla kogo gotować. Dzieci gdzie indziej, wnuki mnie nie chcą oglądać”. Przekonaliśmy ją, żeby kupiła mikser i zrobiła rosół z domowym makaronem – jedno jajko, sto gramów mąki, do garnka skórka parmezanu i suszony pomidor, dla wzmocnienia smaku kilka kurzych nóżek. Mikser wyrobi ciasto, maszynka do makaronu je wytnie. Po jakimś czasie wróciła: „Proszę Pana, u mnie w sobotę pełen dom. Dzieci wróciły, wnuki też. Oni przychodzą na ten rosół”.

To jest kwintesencja tego, co robimy. Nie sprzedaliśmy tej pani urządzenia – sprzedaliśmy jej powód, żeby rodzina znów zaczęła się u niej zbierać. Przez trzydzieści pięć lat w Vivamix słyszeliśmy wiele podobnych historii. Nowoczesna kuchnia nie musi być mozolna. Od tego mamy sprzęt. Ale jedzenie w domu nie jest tylko jedzeniem. To rozmowa, atmosfera, rodzina, wreszcie radość przy stole, drobne historie, które po latach ludzie pamiętają lepiej niż wakacje.

Trudno jednocześnie przeoczyć, że to gotowe posiłki są teraz absolutnym trendem.

Wychodzę rano z mieszkania i pod wieloma drzwiami stoją torby z jedzeniem. Nie mam nic przeciwko wygodzie – sam z niej korzystam w trasie, w biegu, w wyjątkowych sytuacjach. Ale kiedy gotowe posiłki przestają być wyjątkiem, a stają się codziennością, zaczynają wyglądać jak racje żywnościowe dla żołnierzy. Jedzenie, które ma podtrzymać w człowieku tyle energii, żeby pracował dalej i dalej był w niepokoju. To nie jest przypadek, że dzieje się to akurat teraz – w momencie, w którym całe społeczeństwo żyje w stanie permanentnego napięcia.



I w tym miejscu wraca do mnie ekonomia polityczna, którą kiedyś studiowałem. Milton Friedman w latach 70. powiedział wprost: firma istnieje po to, by maksymalizować zysk akcjonariuszy, a wszystko inne – łącznie z dobrem konsumenta – jest narzędziem. W takim świecie pracownik staje się żołnierzem zysku, a jedzenie z pudełka jest jego racją bojową. My temu zadajemy kłam. Wracamy raczej do Adama Smitha, szkockiego ekonomisty sprzed blisko 250 lat, który mówił coś przeciwnego: że to konsument jest centrum gospodarki, a rynek, przez niewidzialną rękę, wybiera najlepszą ofertę dla niego. Dobro klienta jest punktem odniesienia, nie skutkiem ubocznym. I ten kapitalizm – wcześniejszy, bardziej ludzki – nam odpowiada.

Uważamy więc, że wraz z niechybnym upadkiem friedmanowskiego kapitalizmu, nastawionego na grę w skończonej liczbie tur, w przeciwieństwie do gry nieskończonej, w której cel, a nie wynik jest istotny, wrócimy do czasów gdy i pracownicy korporacji nie będą potrzebowali racji żywnościowych, bo korporacje zorientują się, że pracownik zasługuje na więcej. Na dobrostan, na radość, na czas z rodziną przy stole. To ludzie są bowiem w dążeniu do celu najważniejsi. Dziś – nad odgrzanym w mikrofalówce pojemnikiem nie powstają żadne emocje, nie poprawią się zdrowie, nie odzyskuje się sił psychicznych, nie odpoczywa od scrollowania, niepewności i lęku.

Przejdźmy do samego Artisan Plus. Co się w nim zmieniło naprawdę – nie tylko na papierze?

Najpierw rzecz, która zaskoczyła mnie bardziej niż się spodziewałem. KitchenAid po długim czasie zaczął od pytania: po co jesteśmy? Odpowiedział: „Make more than meals”. Rób więcej niż posiłki. Z tą marką łączy nas to bardzo głęboko, bo my też nie sprzedajemy posiłków – sprzedajemy powód, żeby usiąść razem przy stole. To rzadki moment, w którym duża korporacja nie zaczyna od cech technicznych, tylko od sensu. I to ustawia rozmowę o produkcie we właściwym miejscu.
 


Od strony technicznej pominę detale z karty produktu, a powiem o tym, co nas uderzyło jako ekspertów. Chłopaki z naszego serwisu – mamy go w biurze, to dla nas ważne – od razu rozebrali pierwszy egzemplarz. Znaleźli dwa nowe, bardzo solidne łożyska. To ważny sygnał: przez lata optymalizacji kosztów korporacje chodzą na skróty, a tu widać ruch w drugą stronę.

Największą funkcjonalną zmianą jest bieg ½. Pozwala na łagodne składanie lekkich, napowietrzonych mas, jak piana z białek, bez utraty ich puszystości. To technologia, która faktycznie wspiera rzemiosło w kuchni.



Mimo tego wszystkiego, nadal jest to tylko pretekst. Pretekst, żeby ugotować. Kiedy stawiam sobie to urządzenie w kuchni, deklaruję przynależność do grupy osób, które świadomie wybierają odrobinę więcej wysiłku – po to, żeby żyć zdrowiej, lepiej karmić rodzinę i na chwilę wyjść z trybu ciągłego napięcia. Ugotować coś dobrego. Posiedzieć z bliskimi. Wyłączyć w sobie ten mechanizm, który każe bez przerwy coś sprawdzać i dokądś biec.

A urządzenia wielofunkcyjne, które zastępują kucharza w jednym pudełku?

Uważam je za naszego przyjaciela, nie konkurenta. Są pierwszym krokiem – pokazują, że w domu można szybko ugotować coś dobrego i zdrowego. Ktoś, kto nigdy sam nie gotował, dzięki takiemu urządzeniu odkrywa, że da się. To dla nas dobra wiadomość, bo rozszerza grono osób, które wracają do kuchni. W kolejnym kroku zaczyna się jednak naturalne pytanie: czy wszystkie funkcje jednego urządzenia są tak samo dobre? I tu wchodzi filozofia KitchenAid: każde urządzenie ma własny, dedykowany silnik. Mikser z dużym momentem i niewysilonym silnikiem, który wyrobi ciężkie ciasto na chleb bez grzania się. Blender z silnikiem wysokoobrotowym, który w ułamku sekundy rozbije lód. Malakser z silnikiem niskoobrotowym, ale o wysokim momencie, który poradzi sobie z twardymi warzywami bez przeciążeń. Trzy urządzenia, trzy specjalizacje – po to, żeby każdą czynność wykonywać perfekcyjnie. To inna szkoła niż „wszystko w jednym”, ale wierzymy, że w dłuższej perspektywie daje więcej satysfakcji.

Technologia i gotowe rozwiązania mają zastąpić gotowanie, czy raczej pomóc nam do niego wrócić?

Dla nas odpowiedź jest jasna – pomóc wrócić. Vivamix gra w grę nieskończoną. Nie gramy po to, żeby wygrać czyimś kosztem. Zmieniamy nawyki. Pokazujemy, że nowoczesna kuchnia nie wymaga poświęceń. Że wspólny stół to luksus, zdrowie i rodzina. Od 1991 roku robimy to tak samo – z uwagą i klasą, nie schodząc z jakości, dbając o zespół, który u nas jest najważniejszy. Nie technologia. Nie magazyn. Ludzie – w biurze, w serwisie, w salonie, w magazynie, przy kliencie. I dokładnie tego życzymy sobie w kolejnych 35 latach. Żeby przy wspólnym stole – w zwykły dzień powszedni – rodziły się rozmowy i więzi. Żeby coraz więcej osób w Polsce miało poczucie, że gotowanie w domu nie jest obowiązkiem, tylko przywilejem. I nadal ręczymy za każdy produkt, który ich do tego prowadzi.

Od 1991 roku. Pomagamy wybrać raz, a dobrze.